herb POLSKIE STOWARZYSZENIE KULTURALNO-OŚWIATOWE IM. JULIANA LUBLIŃSKIEGO

KRWAWA ULEWA


Serce Pana mojego Jezusa Chrystusa pomóż mi, by ten, kto będzie czytać, odczuł tą krwawą ulewę w całej pełni.

Dziadek mój, Bronisław Czekalski, syn Leona, pochodził z bardzo biednej rodziny. Mieszkała rodzina we wsi Kamionka Nowogród Wołyńskiego rejonu na Żytomierszczyźnie. Był bardzo zdolny. W carskim wojsku kierował pułkową orkiestrą. Uczył się pisać na dębowej korze. Nuty i pismo było wykonane przepięknie. Żona jego, moja babcia Apolonia Bożecka córka Ignacego wychowywała się w Młynowie koło Równego w rodzinie kogoś z gałęzi hrabiów Potockich. Ukochana babcia moja była gorącą patriotką, bardzo religijną, mądrą i dobrą. Dziadek wrócił z młodą żoną do swej wsi. Pracował w lesie hrabiego Potockiego. Młode hrabiowie Józef i Roman Potoccy bywali w domku dziadków. Moi dziadkowie mieli dziesięcioro dzieci. Dwoje starszych zmarło. Hrabia dał mieszkanie dla Czekalskich  w miejscowości Tuchnów. Tam było kilka chatek. Babcia wiodła gospodarstwo i ziołami leczyła ludzi, którzy jechali do niej ze wszystkich stron. Miała swój mały pokoik i tam robiła różne opatrunki, przy potrzebie zostawiała u siebie na kilka dni chorych chłopów, okropnie brudnych, z cuchnącymi ranami. Były to dobre dnie … Aż  przyszedł październik 1917 roku…..

Trwoga zawisła nad Tuhanowym. Coraz straszniejsze wieści dochodziły do domku Czekalskich.

We wsi Chwoszczówka mieszkała panna Wanda Podgórska ze swoim ulubionym siostrzeńcem Józefem Podhorskim. Opiekowali się ochronką dzieci sierot. Pewnego dnia z furmanem bryczką pojechali do banku po pieniądze. Jechali przez las. Raptem z lasu wyskoczył z bronią w ręku mężczyzna i zażądał od pani Wandy 2000 rubli. Gdy odpowiedziała że niema – kazał w ciągu dwóch  godzin przywieźć. W zakład zostawił pana Józefa. Pani Wanda pojechała po znajomych szukać potrzebną sumę. Znajomi panowie chcieli z nią jechać. Kategorycznie odmówiła, bojąc się o życie ukochanego Józeczka. Kilka panów tajnie ruszyło za nią. Gdy w szalonym tempie wskoczyli za panią  do lasu – posłyszeli trzy wystrzały. Gdy dotarli do miejsca wystrzałów – zobaczyli następujące. Pani Podgórska leżała w bryczce. Z jej piersi strumykiem płynęła gorąca krew na kwiat różowej róży, przypiętej do żakiecika. Niedaleko pod gałęźmi  znaleziono ciało pana Józefa. Obok bryczki z batem w reku leżał wierny sługa Lewkowicz. Z jego piersi i skroni sączyła się krew…..

We wsi gród mieszkali państwo Ożeńscy. Pan Antoni Ożeński pracował z moim dziadkiem w lesie u hrabiego Potockiego. Miał żonę, syna i piękną córkę Jadwigę. Pewnej nocy szalenie zapukano do drzwi i nakazano otworzyć. Wpadła grupa ludzi z pistoletami  i dubeltówkami. Z dzikim wrzaskiem  zabili pana domu, później panią. Pannę Jadwigę mordowano, by pokazywała skarby, których nie mieli. Żyli tylko z zarobionego grosza. Rano babcia z dziadkiem wpadli do mieszkania państwa Ożeńskich…

…Niedaleko progu leżał pan Antoni, trochę dalej w kałuży krwi – pani domu. W ostatnim pokoju leżała panna Jadwiga. Szafirowe jej oczy były szeroko otwarte. Ogromny kasztanowy warkocz był przesiąknięty krwią. Młode panieńskie ciało miało na sobie ślady znęcania i hańby…

Rodzinę pochowano na cmentarzu w Korcu. Miasto to już było po stronie Polski. Dyrektor polskiego gimnazjum na pogrzeb przyprowadziła wszystkich. Płakała pani dyrektor Zofia Endrukajtis. Rzewnie płakała nauczycielka panna Marta Ochmanowicz i najlepsza uczennica gimnazjum  – Aniela Czekalska – przyszła moja mama.

We wsi Korytyszcze mieszkała rodzina Kirkorów. Znana była w okolicy z inteligencji i dobroci. Mieli dwóch synów Teodora, Celestyna i córkę Joannę. W te straszne czasy Celestyn chował się w lesie. Teodor został w domu. Rodzice zmarli, Joanna wyszła za mąż. Pewnego dnia prawie nieprzytomny od głodu i zmęczenia Celestyn zobaczył człowieka, który orał pod lasem. Poznał w nim człowieka, któremu kiedyś odmówił w wynajęciu ziemi. Nieśmiało podszedł. Dobry wieśniak zabrał go do siebie do domu. Za kilka dni w nocy odprowadził go w drogę i uratował mu życie.

Teodor co nocy nocował na strychu swego domu. Ktoś go wyśledził. Pewnej nocy wleźli na strych przez dach. Rozbudzony szumem, zdążył raz wystrzelić. Zrzucili Teodora na ziemię. Długo cieszyli się katowaniem, a potem zabili. Mózg jego był na ścianach…

Nie ominęła i Tuchanów.

Pewnego bardzo wczesnego poranku zimową porą, do Czekalskich  weszła bosa znajoma bardzo biedna wieśniaczka, którą powszechnie nazywano Muzyczychą. Czemuś ją uważaną za nie całkiem zdrową psychicznie. Powiedziała babci, żeby rodzina uciekała, bo przyjadą rabować. Jej nie bardzo uwierzyli, jednak dziadek zjechał. Pewnego poranku jakiś turkot rozbudził starszych dzieci. Spojrzały w okno… Naliczyli, że 33 wozy otaczały dom. Jeszcze nie zrozumieli co to jest, aż z dzikim lamentem do mieszkania wpadli chłopi. Ciągnęli na wozy wszystko, co widzieli. Gdy zostały tylko ściany, ktoś z nich wystrzelił. Najstarsza z rodzeństwa  rozpaczliwie krzyknęła, że zabito dziecko. W kałuży krwi leżała 7-letnia Kamila… Chłopstwo zaczęło uciekać. W tym momencie Bóg przysłał pana Jana Korzeniowskiego z końmi i wozem. Gdy zobaczył co się stało, pojechał szukać pomocy. Przywiózł wojskowego lekarza Polaka. Świetnie zrobiony opatrunek ocalił życie dziecku. Piękna moja ciocia Kamusia zawsze nosiła stojące kołnierzyki, by nie było widać szkaradnie oszpeconej szyi. Obecnie spoczywa snem wiecznym w ziemi Kazachstańskiej.

We wsi Horodyszcze gospodarował pan Aj. Wszyscy, kto widział jego siedzibę, mówili, że tak na pewno wygląda raj. We wszystkim była harmonia, pełna uroku i zachwytu. Był to świetny gospodarz i człowiek wielkiego serca. Gdy zaczęła się ta krwawa ulewa, odesłał rodzinę do Polski, a sam został żeby zaopiekować się gospodarstwem i rozdać wszystko ludziom, swoim pracownikom, co można rozdać. Zalany łzami ucałował zebrany tłum. Dookoła słychać było płacz i narzekanie. Przeżegnał wielkim znakiem krzyża świętego ten rajski zakątek, przeżegnał się sam i pośpiesznie wsiadł z furmanem do bryczki. Z rozdzierającym serca bólem patrzał to na jedną, to na drugą stronę. Przypominał jak wiele razy jeździł tą drogą szczęśliwy, radosny pełen rojących się o przyszłości myśli…

Przydrożne kwiaty kiwały mu główkami, falowała pod wiatrem zielona trawka… Jeszcze kilka kroków i wjadą na główną drogę. Odrywał od serca to, co było najdroższe, ale będzie miał ocalone życie. Wtem zauważył jakiś dziwny przedmiot między krzakami leszczyny. Już go minęli, a pan Aj jeszcze patrzał na to dziwne zjawisko. Nie rozumiał, że była to lufa karabinu.

Rozległ się wystrzał. Pan Aj odczuł ostry ból pod lewą łopatką…

…W oczach jego zastygło zaciekawienie…

Krwawa ulewa trwała … Nadleśny hrabiego Potockiego. Imienia jego babcia nie zapamiętała. Zbyt krótko go znała.

Wszyscy go nazywali „pan Zalewski”. Piękny, zgrabny, zawsze uśmiechnięty, uprzejmy – był on powszechnie lubiany. Mieszkał u staruszka Korzeniowskiego. Bardzo się nawzajem lubili.

Była to pora koszenia traw na siano. Pachnące siano było złożone i na strychu pana Korzeniowskiego. Przyszedł pan Zalewski do domu i żartował ze swoim gospodarzem, że on całe mieszkanie zalał perfumami. Szczęśliwy staruszek odpowiadał, że tylko strych. Po kolacji i modlitwie pan Zalewski poszedł spać na strych, a staruszek Korzeniowski wygramolił się  na swe drewniane łóżko. Obudzili się od hałasu pod oknem. Nakazano otworzyć drzwi. Gdy rozkaz był spełniony, do mieszkania wleciała z wrzaskiem gromada ludzi. Krzyczeli, gdzie jest nadleśny. Gdy osłupiały staruszek nie zdobył się na słowo – zaczęli szukać po mieszkaniu i poleźli na strych.

Ocknął się, gdy usłyszał huk spadającego ciała i straszliwy krzyk swego ulubieńca. Wyskoczył do sieni… Jego przybrany syn leżał na plecach, a z jego ust i uszów ciekłą krew. Ukląkł staruszek przed ciałem męczennika i rozpaczliwie podołem swojej koszuli wycierał krew, która wciąż płynęła i płynęła… Staruszek został obłąkany i ciągle chodził i szukał swego przybranego umiłowanego syna, aż jego zabrała, szybka do koszenia życia ludzkiego, bezlitosna kostucha.

Przybył   na pracę do lasu hrabiego Potockiego pan Soroczyński. Wiatr płynących lat wywietrzył z pamięci mojej babci imiona pana Soroczyńskiego i jego cudnej urody żony. Niedawno się pobrali i kochali się szalenie.

Pan Soroczyński wracając z pracy, przynosił snopy leśnych kwiatów i sadząc swoją królowe na krzesło, obkładał ją ta pachnącą tęczą.

Pewnego dnia przy furtce pan Soroczyński pożegnał swoją żonę i poszedł sprawdzić, czy robotnicy przygotowali wszystko do pracy na dzień następny. Chciała iść z nim. Powiedział, że najwyżej za pół godziny wróci. Gorącej, niż zwykle przytulił ją do serca, czulej, niż zwykle całował śliczne  usteczka i dłużej, niż zwykle patrzył w głębokie kochające oczy…

Stała przy furtce, uwitą powojem i czekała. Przeszło trochę czasu… raptem z lasu doleciał głuchy dźwięk wystrzału. Wzdrygnęła się cała i … zamarła w czekaniu. Spływał czas… Mąż nie wracał. Przybiegli robotnicy szkółki. Razem pobiegli po znajomej ścieżce do lasu. Szli niedługo. Ostatnie promyki zachodzącego słońca oblały złotem postać leżącego pod dębem  pana Soroczyńskiego. Lewą ręką przyciskał do piersi snop leśnych kwiatów. Żona stała i zrozumieć nie mogła, dla czego kwiaty wszystkie czerwone i dla czego parują. Spojrzała wyżej… Zrozumiała… Piękne  oczy młodej mężatki zrobiły się duże, duże… Runęła twarzą na krwawe kwiaty…

Na korze dęba robotnicy wyrzeźbili ogromny krzyż.

Pani Soroczyńska nie rzuciła grobu męża. Poszła do państwa Bołsunowskich w usługiwanie. Nikt jej nigdy nie widział śmiejącej się. W oczach zawsze miała bezdenny smutek, a wokół ust na zawsze zostały zastygłe fale bólu.

…Zabił ją głód 1933 roku.

W krótkim czasie domek w Tuhanowie  chłopi spalili. Dziadek Bronisław zabrał swoje oszczędności  w banku i w 1919 roku / w taki czas!/ kupił 13 dziesięcin ziemi w Anecie, co w 12 km od Nowogradu.

Uczęszczali całą rodziną do kościoła w Nowogradzie-Wołyńskim. Kościół  ten w 1935 roku był przez władze radzieckie zburzony.

Pewnego dnia młodzież wróciła z kościoła bardzo zdenerwowana. Opowiadali matce, że ksiądz proboszcz wygłosił bardzo straszne kazanie, że w kościele ludzie łkali. Ksiądz mówił, że bardzo ciężkie losy oczekują młodzież, że dużo z nich zaginie na dalekiej północy, że dużo z nich zginie bez śladu, że będzie straszny głód, że matki będą jeść swoich dzieci…

Moją mamę Anielę Czekalską zaprosili na nauczycielkę języka polskiego do polskiej wsi Bowsuny. Była to bogata i piękna wieś.

Pewnego dnia, kiedy mama była w domu w Anecie, przyszedł enkawedysty i zabrał mamę do milicji do Nowogrodu-Wołyńskiego. Gdy po „rozmowie” z enkawedystą Witasem odzyskała przytomność, była w celce więziennej razem z żoną adwokata-Polaka. Nazywała się  Oktawia Ellert. Kilka dni mamy nikt nie ruszał. Pani Oktawia opowiadała mamie, że kilka lat temu był aresztowany jej mąż. Zrozpaczona żona poszła do kościoła i przed Utajonym Chrystusem wylała swój ból i swoje cierpienie. Wyszła z kościoła cała we łzach. Do niej podszedł nieznajomy pan i zapytał, czego ona tak gorzko płacze. Powiedziała mu wszystko. Ów pan zanotował to, o czym mówiła i …. Za kilka dni mąż był w domu. W roku 1928 jego i ją zaaresztowano powtórnie.

Pewnego wieczora obie młode panie zaczęły nucić polskie pieśnie. Piękne ich głosy co raz więcej nabierały siły… Wtem na progu zauważyły milicjanta i nastraszone  – zamilkły. Przybyły uśmiechnął się i poprosił, aby śpiewały dalej. Widać było, że razem z pieśnią  budziło się coś w sercu tego człowieka. Od tego czasu zawsze był w gabinecie Witasa, gdy przyprowadzano tam Anielę Czekalską.

Pewnego razu Witas osobliwie starał się złamać upór Anieli. Kilka razy powracał do pytania, co to znaczy „ksiądz dziekan”. Wiedziała, że chodzi tu o księdza Kuczyńskiego, który prorokował młodzieży straszną przyszłość. Odpowiedziała, że to pewnie takie imię. Szalony od złości, Witas podchwycił pistolet i przytulił lufę do skroni bladej, jak ściana dziewczyny. Swirski zerwał się na równe nogi  i śmiertelnie blady, skoczył do enkawedysty.

Aniela runęła na podłogę… Witas spojrzał na swojego sekretarza i zapytał: „Ona  Ci się podoba?”  Zapytany odpowiedział, że nie tylko, podobno Czekalska jest im potrzebna i Witas mógłby zepsuć całą sprawę. Kat kazał wylać na głowę omdlałej wiadro wody i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Swirski podskoczył do dziewczyny. Leżała nieruchoma, bardzo blada. Cudny, złocisty do kolan jej warkocz leżał odrzucony precz…  Milicjant stanął na kolana  i przycisnął ten warkocz do swych piersi. Tłumiąc gwałtownie wyrywające się z piersi łkanie, szeptał: „Dziewczyno kochana, mój miły słowiczku, sam umrę, a cię uratuję”.

Wziął na ręce chudziutkie ciałko Anieli i nie bojąc się już niczego, niósł swój skarb do jej celki.

Jak to zrobił – wie tylko Bóg, ale za kilka dni wróciła do domu. Potem jeszcze moja mama Aniela Czekalska 12 razy była uwięziona, ale Swirskiego nie widziała więcej nigdy.

Za jakiś czas do domu Czekalskich wpadła wieść, że zaaresztowano księdza dziekana Kuczyńskiego. Pędzili go przez miasto  Nowogród-Wołyński milicjanci z bronią w ręku. Ksiądz szedł bardzo blady, lecz spokojny. Miejski lud klękał po jego drodze i całował sutannę, a ON ich żegnał znakiem krzyża świętego. Później mówiono, że ksiądz na Syberii w rosyjskiej wsi naprawiał buty, w taki sposób zarabiając sobie na życie.

Zaczęła się kolektywizacja. Zabierano od ludzi lepsze domy, obory, stajnie i wszystko, co w nich było. Spędzano to do czyjejś obory i stajni. Myczały niedojone krowy, rżały głodne konie. Na bezładną kupę było rzucono pługi, brony, kosiarki, żniwiarki, kosy, grabie, siwałki, młynki, młociarki, cepy, sierpy… A nad tym wszystkim dzień i noc lamentowały wieśniaczki.

Kołchozny aktywista Niemiec Findling z przyjacielem przyszli do niedobudowanego mieszkania Czekalskich z łóżkiem wynieśli na podwórze dziadka Bronisława. Do wozów powkładali wszystko, co było w mieszkaniu, a dom zabili deskami, jak kołchozny.

Dziadunia z rodziną zabrała do siebie  córka Kamila. Ta sama, z przestrzeloną szyjka…..

Były to lata 1929-1930. Aniela Czekalska była już Jakubowską. Przyszłam na świat i ja. Rodzina moja żyła razem z moją babcią i dziadkiem. Z nimi razem mieszkał i brat mamy Mieczysław z młodą żoną Franciszką Różalską, którą szalenie kochał. Brat mojej mamy Władysław Czekalski i siostra Maria Czekalska, prawie jeszcze dzieci, zostali po tamtej stronie granicy, w Polsce, gdzie do czasu uczyli się w polskiej szkoły. Po zamknięciu granicy Polsko-Ukraińskiej w 1920 roku, korzec został polskim, gdzie była ta szkoła. Wiadomości o nich nie było żadnych. Ich matka, a moja babcia Apolonia, była w nieustannej trwodze o ich losy.

W roku 932 w domu w którym mieszkała liczna rodzina Czekalskich, wszedł enkawedysta, kazał Mieczysławowi i Bronisławowi Czekalski zbierać się. Potem w domu była zrobiona rewizja. Pozabierano polskie ksiązki, obraziki, zdjęcia i inne rzeczy.

Nakazano wstać z łóżka choremu dziaduniowi, razem z wujkiem Mieczysławem wyprowadzono z domu i pod bronią poprowadzili do Nowogrodu do milicji. Tam ich wepchali do celi, gdzie było dużo mężczyzn. Ni jedzenia, ni wody im nie dawali. Dzielili się tym, co komu przynoszono z domu. Czas od czasu w nocy otwierano drzwi celi i nazywano nazwiska. Tych, kogo nazywano nikt już nigdy nie widział. Między więźniami poszła trwożna wiadomość, że ich zabijano. Pewnego razu, gdy wyprowadzano więźniów na podwórze, wujek Mieczysław Czekalski zauważył, że pod ogrodzeniem niby zorano i coś posiano. Wujek pomyślał, że tu niedobra ziemia, bo tyle żółtej gliny. Mężczyzna, który szedł przed nim nie oglądając się szepnął, że tam zakopani są zabijani po nocach więźniowie.

Był z Mieczysławem Czekalskim w celi agronom Polak. Nie pamiętam jak się nazywał. Każdej nocy gorąco się modlił i ciągle szeptał wujowi : „Czekalski, Rekwiem Eterna’ – czuło jego serce…. I gdy w  nocy nazwano jego nazwisko, uścisnął wujowi dłoń, przeżegnał się i wyszedł. Znikł, jak inni.

Starego i chorego dziadka puścili do domu.


07.04.2017


Pozostaw komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.

seventeen − six =